poniedziałek, 26 września 2011

koszule

Kiedy miałam 8 lat mama postanowiła, że nauczy mnie prasowania. Wybór padł na kraciastą, flanelową koszulę taty. Dość już znoszona, miękka nadawała się idealnie. Ustawiłyśmy żelazko na odpowiednią temperaturę i mama pokazywała mi krok po kroku na czym polega to prasowanie. Kiedy przyszła kolej na mnie, zabrałam się do sprawy niedbale i w pośpiechu. Bo co ciekawego jest w takiej pomiętej koszuli?Mama uśmiechnęła się lekko i już wiedziałam, że nadchodzi jedna z "tych" rozmów. Dobrze pamiętam co powiedziała wtedy, co powtarzała jeszcze kilka razy później. Koszulę należy prasować powoli, delikatnie muskając każdy najmniejszy zakamarek, każde zagniecenie materiału. Ważna jest temperatura, wilgotność i precyzja. Ale przede wszystkim serce.

Zupełnie nie rozumiałam co chciała mi wtedy powiedzieć. Przyglądałam się jej wiele razy jak zakopana pod stertą tatowych koszul prasowała je godzinami. Wyglądały idealnie, nie można było znaleźć najmniejszego załamania materiału. Najbardziej jednak dziwiło mnie, że nigdy nie była tą czynnością zmęczona ani zniechęcona. Wiele razy myślałam sobie wówczas-o nie, ja nie będę się tak dręczyć. O bardzo wielu czynnościach wtedy tak myślałam...

Z czasem spora cześć obowiązków mamy przeszła na mnie, w domu pojawiała się przecież nie wiadomo kiedy druga kobieta, a zniknęła mała dziewczynka. Padło również na to nieszczęsne prasowanie. Dzisiaj myślę, że nie bez powodu mama uczyła mnie tej sztuki. Nie jedną godzinę spędziłam z żelazkiem w ręku czerwona ze złości. Mama zawsze wyłapała każde zagniecenie kołnierzyka i niedoprasowany mankiet. Nigdy się jednak nie denerwowała. Pokazywała mi po raz setny tą samą czynność, powtarzając zawsze, że najważniejsze w tym jest serce. Serce w prasowaniu koszul?

Po koszulach taty przyszło mi prasować jeszcze dwie czy trzy inne koszule. Prasowałam je okazjonalnie, ze zniecierpliwieniem. Nigdy nie pomyślałam nawet, że chciałabym prasować je na co dzień. Nigdy też nie sprawiało mi to najmniejszej przyjemności. Więc koszule szybko znikały, zupełnie bez żalu, równie wymięte jak na początku, muśnięte ledwie żelazkiem.

Sama nie wiem kiedy prasowanie zaczęło zajmować moje wolne popołudnia. Zakopana pod stertą koszul z uśmiechem, nucąc pod nosem prostowałam króciutkie odcinki między guzikami, malutkie rogi kołnierzyka poddając efekt końcowy uważnej kontroli. Za każdym razem szło mi to lepiej i sprawiało dziwną przyjemność. Koszule pojawiały się coraz częściej, zawieruszone wśród moich sukienek, spódniczek, bluzek...Bardzo chciałam żeby wisiały w szafie, takie piękne, uprasowane pomiędzy moimi ubraniami. I w końcu tak się stało. Wiszą tam już dobrych kilka lat, a prasowanie ich wcale mnie nie złości. Lubię ten zapach, dotyk, szum tkaniny. Mam do nich dużo cierpliwości, nawet wtedy kiedy nie poddają się tak łatwo moim zabiegom. Widocznie trafiłam na właściwe koszule...

Całkiem niedawno wpadła mi w ręce jeszcze jedna koszula. Właściwie to jeszcze nie koszula, ale koszuleczka. Kolorowa i wesoła, ze śmiesznymi guziczkami w misie. Zawsze kiedy na nią patrzę robi mi się tak ciepło na sercu. Wisi w szafie obok tej w rozmiarze XL. Kiedy mi smutno lubię sobie na nie popatrzeć. Uprasowane przez mnie, moje własne koszule.

3 komentarze:

  1. Edziu, piękne to, bardzo piękne:)
    aż się wzruszyłam....
    Brawa za odwagę:) klaski

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękne!
    Fakt - najważniejsze, to znaleźć odpowiednią koszulę ;-)
    Buziaki - kretencja

    OdpowiedzUsuń
  3. dziękuję!to mi dodaje dużo odwagi:-)

    OdpowiedzUsuń