poniedziałek, 5 marca 2012

Modlitwa

Nauczono mnie, że ponad wszystko trzeba Cię szanować. Nauczono słów, którymi mam się do Ciebie zwracać. Wskazano dni, w których mam wychwalać Twoje imię.

Jesteś miłosierdziem i wybaczeniem. Jesteś powietrzem, słońcem i niebem, krwią, która płynie w moich żyłach. Jestem stworzona na Twoje podobieństwo, a więc i Ty jesteś do mnie podobny. 

Czuwasz nade mną. Chwytasz kiedy zbliżam się do przepaści. Dlaczego nie pomagasz mi omijać drogi, która nad nią prowadzi?

Rzucasz pod moje nogi kamienie. Nigdy nie są dość duże, abym mogła się przez nie przewrócić. Ani dość małe, aby nie poraniły moich stóp.

Gniewasz się, kiedy wierząc we własne siły zapominam, że to do Ciebie należy moje życie.
Kiedy padam na kolana i pochylam nisko głowę widzę jak uśmiecha się Twoje dostojne oblicze.

Czekasz cierpliwe, aż zanosząc Cię od łez przyjdę do Ciebie i będę błagać o litość. A Ty w Swoim miłosierdziu pobłogosławisz mi Swoją wszechmogącą ręką.

Jesteś tak ludzki, jak ja jestem boska.

Więc błagam Cię.

Padam na kolana. Wybacz mi, że chciałam by było we mnie więcej z boga niż z człowieka.
Mam wiarę i nadzieję, że okażesz mi Swoją miłość.



czwartek, 17 listopada 2011

czas na zmiany

Od kilku tygodni miałam wkoło siebie pustkę. Puste myśli, puste czynności, nawet w sercu pusto. Działałam jak wielka taśma produkcyjna. Ciąg czynności występujących po sobie z irytującą regularnością.
Przypominam sobie ten stan, kiedyś już się w nim znalazłam. Wówczas z tego marazmu wyłoniła się myśl-czas na zmiany.

Tak, zdecydowanie czas na zmiany. Od kilku nocy mam dziwne sny. W jednych pożera mnie wielki, dobrze znany pies. W innych prowadzi mnie gdzieś za rękę mała dziewczynka. Niestety nie umiem odczytać ich znaczenia. Ale jestem pewna, że jakieś jest. Przecież nie bez powodu nawiedzają mnie noc w noc.

Czuję, że dochodzę do jakiegoś punktu zwrotnego. Wypełniłam jakąś część swojej drogi i zbliżam się do czegoś nowego. W którą stronę?W lewo, w prawo?A może zwyczajnie na wprost, ale żywszym krokiem?Byle nie do tyłu.

poniedziałek, 10 października 2011

po prostu

od kilku dni mam spadek formy

w całokształcie zdarzeń zupełnie uleciała mi chęć do pisania. słowa są gdzieś w głowie, ale zupełnie nie składają się w zdania. stres mocno podcina skrzydła.

kilka razy siadałam do rozpoczętego posta o moich stałych i zmiennych i znakach zapytania. siliłam się na kilka zdań, które ostatecznie wydawały mi się zupełnie bez sensu. nie moje, nie ważne.

zamiast milczeć zupełnie, zdecydowałam się na wpis po prostu.

są czasem takie momenty kiedy człowiek czuje się bezsilny w obliczu czyjeś tragedii. kiedy jest to osoba bliska sercu, uczucie bezsilności doskwiera aż do bólu. bywa też i tak, że czyjaś tragedia przywołuje wspomnienie swojej własnej, osobistej.

kiedy to wszystko się zbiega, traci się jasność umysłu, serce mocno bije, drżą ręce, pojawia się strach.

teraz towarzyszy mi taki strach. wielki Strach. o tą bliską sercu osobę i o siebie samą. zupełnie irracjonalnie. ale Strach taki właśnie bywa.ze Strachem mówimy sobie dzień dobry i dobranoc. nie trudno się domyślić, że spędzamy ze sobą również większość dnia.czuję się bezradna w obliczu jego obecności. czekam cierpliwie aż odejdzie ode mnie i od tej bliskiej sercu osoby.

z niczego chyba nie można cieszyć się za bardzo. bo kiedy pojawia się za bardzo to zawsze gdzieś czyha ten cholerny Strach.


niedziela, 2 października 2011

o sobie


Jestem.
Dopisanie następnych zdań sprawia mi pewną trudność. Nie jestem złożona, przynajmniej nie bardziej niż inni.
Są pewne stałe i zmienne. I znaki zapytania.

środa, 28 września 2011

Chwila



Jest taka chwila, która trwa zaledwie parę minut. Czekam na nią, a kiedy się zbliża cieszę się jak dziecko. Gdy ktoś mi ją skradnie czuję się oszukana.

Chwila przychodzi zawsze o tej samej porze, w ciszy i ciemności, w samotności. To moja chwila.

Nie jestem wtedy mamą, żoną, przyjaciółką, uczennicą, sąsiadką, sprzątaczką, kucharką, panią od zaopatrzenia. Czuję, że mnie nie ma. Nie oddycham, nie patrzę, nie słucham. .

Nie trwonię jej na myślenie o tym co i tak nadejdzie. Nie szukam rozwiązań ani odpowiedzi. Chwila mnie niesie. Odrywam się od wszystkiego co kocham i czego nienawidzę. Jestem czysta.

Zapadam się w siebie.

wtorek, 27 września 2011

Pusty

W naszym nowym domu, na poddaszu jest pusty pokój. Nie ma w nim zupełnie nic-ani starych mebli, ani ubrań zimowych, ani niepotrzebnych rupieci. Pokój ma białe ściany i okno zaciągnięte roletą. Jest ciemny i cichy.

Ale wcale nie jest straszny. To nie jeden z tych pokoi, z których dochodzą dziwne dźwięki, a pod sufitem sterczą upiorne pajęczyny.

Mój pusty pokój jest pokojem przyjaznym

I smutnym.

Wcale nie miał być biały i pusty, ze skradzionym widokiem. Ani smutny. Miał być lawendowy z jasnymi meblami, miękkim dywanem w księżniczki, który widziałam u mojej sąsiadki i podpatrzonym kryształowym żyrandolem, który uwielbia jej córeczka. Lub żółty, podobny do pokoju mojego syna, z wykładziną w ulice i śmiesznymi nalepkami na ścianach. Zostawiłam ich jeszcze trochę-jest żyrafa, słoń i nosorożec. Starczyłoby dla pustego pokoju.
Chciałam odmienić go na Boże Narodzenie, nasze wspólne ulubione święta, po pierwszych urodzinach małego B. Bardzo szybko powstała lista potrzebnych sprzętów i drobiazgów. Leży jeszcze w mojej nocnej szafce.

Kiedy dowiedziałam się że pusty pokój pozostanie pusty, natychmiast zamknęłam do niego drzwi. Nie otwierałam ich przez wiele dni. Nie przechodziłam obok niego, spacerując nie patrzyłam w zasłonięte okno.

Gdy wreszcie weszłam do pustego pokoju uderzyło mnie jaki panuje w nim spokój. Zapach farby, drewna, nowości, oczekiwania na ciąg dalszy. Czy on nie wie, że nie będzie ani lawendowy ani żółty? Na co czeka taki odświętny? Usiadłam na środku i długo płakałam nad tą pustką i ciszą, nad bielą ścian i nad tym widokiem. Płakałam tak długo aż wypłakałam chyba wszystkie łzy, bo od tamtej pory nie zdarzyło mi się więcej płakać.

Pokój chyba zrozumiał, że pozostanie pusty. Nie przyozdobią go kolorowe firanki ani miękkie poduszki. Nie będzie radosnych zdjęć na ścianach. Będzie po prostu pustym pokojem. Wtedy postanowiliśmy się zaprzyjaźnić. Każde z nas ma swoją pustkę i ciszę. Ja mogę w nim przesiadywać na środku podłogi, a pokój choć przez chwilę nie czuje się zapomniany. Przez uchylone drzwi może słuchać śmiechów małego B., naszego krzątania się po domu.

Chciałabym dopisać jakieś szczęśliwe zakończenie, mówiące o tym jak któregoś dnia odsłoniłam roletę, pomalowałam ściany na lawendowy czy też żółty, wniosłam kolorowe mebelki, a na parapecie postawiłam kwiatki. Ale nie mogę. Pokój dalej jest pustym pokojem.

poniedziałek, 26 września 2011

koszule

Kiedy miałam 8 lat mama postanowiła, że nauczy mnie prasowania. Wybór padł na kraciastą, flanelową koszulę taty. Dość już znoszona, miękka nadawała się idealnie. Ustawiłyśmy żelazko na odpowiednią temperaturę i mama pokazywała mi krok po kroku na czym polega to prasowanie. Kiedy przyszła kolej na mnie, zabrałam się do sprawy niedbale i w pośpiechu. Bo co ciekawego jest w takiej pomiętej koszuli?Mama uśmiechnęła się lekko i już wiedziałam, że nadchodzi jedna z "tych" rozmów. Dobrze pamiętam co powiedziała wtedy, co powtarzała jeszcze kilka razy później. Koszulę należy prasować powoli, delikatnie muskając każdy najmniejszy zakamarek, każde zagniecenie materiału. Ważna jest temperatura, wilgotność i precyzja. Ale przede wszystkim serce.

Zupełnie nie rozumiałam co chciała mi wtedy powiedzieć. Przyglądałam się jej wiele razy jak zakopana pod stertą tatowych koszul prasowała je godzinami. Wyglądały idealnie, nie można było znaleźć najmniejszego załamania materiału. Najbardziej jednak dziwiło mnie, że nigdy nie była tą czynnością zmęczona ani zniechęcona. Wiele razy myślałam sobie wówczas-o nie, ja nie będę się tak dręczyć. O bardzo wielu czynnościach wtedy tak myślałam...

Z czasem spora cześć obowiązków mamy przeszła na mnie, w domu pojawiała się przecież nie wiadomo kiedy druga kobieta, a zniknęła mała dziewczynka. Padło również na to nieszczęsne prasowanie. Dzisiaj myślę, że nie bez powodu mama uczyła mnie tej sztuki. Nie jedną godzinę spędziłam z żelazkiem w ręku czerwona ze złości. Mama zawsze wyłapała każde zagniecenie kołnierzyka i niedoprasowany mankiet. Nigdy się jednak nie denerwowała. Pokazywała mi po raz setny tą samą czynność, powtarzając zawsze, że najważniejsze w tym jest serce. Serce w prasowaniu koszul?

Po koszulach taty przyszło mi prasować jeszcze dwie czy trzy inne koszule. Prasowałam je okazjonalnie, ze zniecierpliwieniem. Nigdy nie pomyślałam nawet, że chciałabym prasować je na co dzień. Nigdy też nie sprawiało mi to najmniejszej przyjemności. Więc koszule szybko znikały, zupełnie bez żalu, równie wymięte jak na początku, muśnięte ledwie żelazkiem.

Sama nie wiem kiedy prasowanie zaczęło zajmować moje wolne popołudnia. Zakopana pod stertą koszul z uśmiechem, nucąc pod nosem prostowałam króciutkie odcinki między guzikami, malutkie rogi kołnierzyka poddając efekt końcowy uważnej kontroli. Za każdym razem szło mi to lepiej i sprawiało dziwną przyjemność. Koszule pojawiały się coraz częściej, zawieruszone wśród moich sukienek, spódniczek, bluzek...Bardzo chciałam żeby wisiały w szafie, takie piękne, uprasowane pomiędzy moimi ubraniami. I w końcu tak się stało. Wiszą tam już dobrych kilka lat, a prasowanie ich wcale mnie nie złości. Lubię ten zapach, dotyk, szum tkaniny. Mam do nich dużo cierpliwości, nawet wtedy kiedy nie poddają się tak łatwo moim zabiegom. Widocznie trafiłam na właściwe koszule...

Całkiem niedawno wpadła mi w ręce jeszcze jedna koszula. Właściwie to jeszcze nie koszula, ale koszuleczka. Kolorowa i wesoła, ze śmiesznymi guziczkami w misie. Zawsze kiedy na nią patrzę robi mi się tak ciepło na sercu. Wisi w szafie obok tej w rozmiarze XL. Kiedy mi smutno lubię sobie na nie popatrzeć. Uprasowane przez mnie, moje własne koszule.